raskolnikov blog

Twój nowy blog

18 grudnia 2009 r.

Doniesienie z ostatniej chwili – znany amerykański reżyser filmowy, James Cameron, wystosował pismo do Partii Zielonych z prośbą o przyjęcie do ich zżytej z Matką Ziemią społeczności. Nasi reporterzy donoszą, jakoby w skład wysłanego pisma wchodziła cyfrowa kopia jego najnowszego filmu pt. „Avatar”, w którym Pan Cameron zawarł swoje credo partyjne.

Pan Cameron odmówił komentarza w tej sprawie.

26 grudnia 2009 r.

Naszym reporterom udało się dotrzeć do fragmentu treści pisma Pana Jamesa Camerona, o którym wspominaliśmy tydzień temu. Przypomnijmy, że wedle najnowszych doniesień, Pan Cameron złożył prośbę o wstąpienie do Partii Zielonych, w skład której weszła cyfrowa kopia jego najnowszego filmu, pt. „Avatar”. Odkryty przez naszych współpracowników fragment prezentujemy poniżej:

„… nie sądzę też, aby dopuszczalne było gotowanie warzyw w celach kulinarnych. Wracając do meritum, chciałbym raz jeszcze podkreślić, że powinni Państwo zapoznać się z moim nowym filmem. Abstrahując od faktu, że zapewni on Państwu niezapomniane przeżycia wizualno-estetyczne, stanowi on również najwyraźniejsze i najdosadniejsze wyrażenie moich poglądów, jakie udało mi się skonstruować na przestrzeni całej mojej kariery. Pisane tu przeze mnie słowa nie są w stanie oddać choćby części precyzji z jaką moje stanowisko w sprawie przyrody zostało oddane w filmie. Zapoznanie się z nim stanowi absolutnie niezbędny element zrozumienia mej natury…”

Pan Cameron raz jeszcze odmówił komentarza w tej sprawie.

A teraz na serio – byłem dzisiaj w kinie na Avatarze. Wrażenia świeżo po obejrzeniu, pewnie jeszcze mi się zmienią. Aha, nie napisałem tu nic o fabule, bo sądzę, że i tak wszyscy ją znają, nawet ci, którzy ledwie o tym filmie słyszeli :P

SZANUJCIE ZIELEŃ, SZANUJCIE ZIELEŃ, SZANUJCIE ZIELEŃ!!!

Taka oto
była pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy po obejrzeniu najnowszego
filmu Jamesa Camerona. Bo, w sumie, tymi słowami można streścić zarówno
całą treść jak i sens oraz przesłanie Avatara. O nic więcej w tym
filmie nie chodzi.
Avatar. Nowy film Jamesa Camerona, samozwańczego
Króla Świata, autora najdroższych w momencie swojego powstawania filmów
wszech czasów, najbardziej efekciarskich i najlepiej zarabiających,
świetnie skonstruowanych blockbusterów, osiągających zarówno komercyjne
jak i artystyczne sukcesy. Dwa pierwsze Terminatory, „Obcy – decydujące
starcie”, Otchłań, Titanic – te wszystkie filmy oprócz oszałamiającej
jak na swoje czasy oprawy wizualnej potrafiły też zaskoczyć niebanalnie
opowiedzianą historią, ostro zarysowanymi bohaterami i trzymającym za
jaja napięciem. Po trzynastu latach zdobywania kasy, kręcenia,
werbowania aktorów, tworzenia efektów, tworzenia efektów i jeszcze raz
tworzenia efektów Cameron po raz kolejny wychyla się ze swojej samotni
z kolejnym dziełem, mającym wszelkie szanse stać się jego jeszcze
jednym przebojem wszech czasów. Avatar, rewolucja, 400 milionów
dolarów, epika science fiction, efekty specjalne w 3D, rewolucja,
gwiazdorska obsada, rewolucja, uniwersalna historia jednocząca sobie
ludzi z całego świata, i jeszcze raz rewolucja – slogany reklamowe
atakujące me gałki oczne od miesięcy, wyskakujące na mnie z internetu,
okienek, pop-upów, stron o filmach, grach, książkach, newsach
politycznych, z ekranów telewizora, z radia, plakatów, pudełek i
przystanków autobusowych, doprowadzały mnie niemalże do rozstroju
żołądka i ciężkiego rozwolnienia. Gdy zaczęło mi się zdawać, że
pojawiające się zewsząd niebieskie ludki w luźnych szmatach, z łukami
na plecach, zdają się mówić do mnie: „ACH TY CHUJU, IDŹ NA FILM O MNIE,
TO BĘDZIE TAKA REWOLUCJA, ŻE SFAJDASZ SIĘ W GACIE!!!”, pojawił się u
mnie lęk o zdrowie psychiczne. Ale wreszcie po latach oczekiwania,
przygryzania paluchów i przedwczesnych ejakulacjach kinomanów Avatar
się pojawił w całej swojej krasie i majestacie.
Generalnie, ocena
tego filmu zależy od punktu widzenia. A ten zależy, jak wiadomo, od
punktu siedzenia. Ja akurat siedziałem w ostatnim rzędzie, w
warszawskim IMAXie, a więc lepszego „punktu siedzenia” wymarzyć sobie
nie mogłem. Jeśli liczy się dla ciebie efekciarstwo, kolory, barwy
zachodzącego za horyzont słońca i trawy odbijającej się w tym świetle,
fluorescencyjna fauna barwiąca otaczające ją liście na
jaskrawofioletowy kolor wywołuje szybsze bicie Twego serca, jeśli
założenie okularów 3D wiąże się dla Ciebie z natychmiastową immersją w
świecie filmu, jeśli obraz staje się dla Ciebie „magiczny” dzięki
wpatrywaniu się w komputerowo zrobione oczy i w cyfrowo generowaną
skórę obcej cywilizacji, w NICZYM nie różniącą się od naszej – to jest
to film dla Ciebie. Natomiast, jeśli liczy się dla Ciebie COKOLWIEK
innego (powtórzę to jeszcze raz, COKOLWIEK) – olej Avatara ciepłym
moczem i popraw strzałem z odbytu. I jasne, powyższą jakże odkrywczą
mądrość można przypiąć do pierwszego lepszego blockbustera, jednak
Avatar jest przypadkiem wyjątkowym, z bardzo prostego powodu – rozstęp
„efekty (czyt. immersja, magia, miodność, cudowność) – fabuła” jest tu
większy niż w jakimkolwiek obejrzanym przeze mnie ostatnio (a może i w
ogóle) kasowym przeboju z USA.
Tylko, że, dla mnie osobiście, to
zupełnie nie ratuje tego obrazu. Bo ja siedzę po tej drugiej stronie,
po tej dla której fajne kolorki i wybuchy są co najwyżej dodatkiem do
opowiadanej historii, a przy przedłużających się scenach wielkich
batalii prędzej czy później w głowie pojawia mi się wielki wykrzyknik,
z podpisem „All right people, get to the point.”. A, powiem wam, że
Avatar jest zbiorem tak strasznych i koszmarnych klisz, tak
niesamowicie i do bólu ogranych schematów, konwencji, przyzwyczajeń
nędznych opowiadaczy historii, tak nachalnie atakującymi widza z ekranu
dawkami naiwnego patosu i pseudosensu, że często miałem ochotę zacząć
walić łbem w tył znajdującego się przede mną fotela z wrzaskiem:
„Obciągnijcie mi, obciągnijcie mi, obciągnijcie mi!”. Poza efektami, w
tym filmie nie ma NIC – mamy tu paletę bohaterów tak niesamowicie
płaskich, jednowymiarowych i pozbawionych wyrazu, że każdego z nich
mógłbym streścić dwoma, trzema słowami, mamy klasyczną, epicką historię
o wybrańcu ratującym ginącą rasę opowiedzianą za pomocą strasznych
konwencji, idącą jak po sznurku, dosłownie jak po wyznaczonej linii,
ani razu nie zbaczającej ku jakimkolwiek niebezpiecznym rejonom, już
nawet nie wkurzająco i wkurwiająco, ale po prostu boleśnie. Oglądanie
tego filmu boli, boli patrzenie na miliony utopionych w tym interesie
dolarów i boli każdy ograny schemat i klisza, boli każda przepuszczona
okazja do tchnięcia w tę martwą historię jakiegokolwiek życia i
wykorzystania potencjału. Bo potencjał! Potencjał to akurat w Avatarze
jest. I to ogromny. Jest w każdej dopracowanej do perfekcji przez
animatorów chmurce i w każdym odpowiednio wyżłobionym zagłębieniu w
skale, jest w niesamowitej, wgniatającej w fotel florze i faunie, w
abstrakcyjnych, sięgających granic wyobraźni kształtach powietrznych
stworów zrodzonych w mózgownicy Camerona, jest wreszcie nawet w
bohaterach i w konflikcie jaki targa Pandorą. Ale to wszystko pozostaje
na etapie tabula rasy, historia i postacie to tylko tablice, na których
zdolny opowiadacz mógłby narysować wciągającą historię, a zamiast tego
woli zaserwować widzowi wycieczkę krajoznawczą po zalesionym księżycu.
I to chyba dlatego oglądanie Avatara jest tak bolesne – boli ten
niesamowity, przepuszczony przez marketingową, PG-13ową otoczkę
potencjał historii, bo ileż pasjonujących dramatów możnaby osnuć wokół
dyplomatycznego, a następnie zbrojnego konfliktu ludzi z obcą rasą o
zasoby! Ale nie, widzom lepiej zaserwować zbiór Campbellowskich klisz,
licząc, że te banały przejdą, bo Cameron jest znany z tego, z czego
jest. Film nie osiąga nawet w połowie takich emocji jak pierwsze
Terminatory. Zapomnijcie o klaustrofobicznej kolonii z Aliensów, o
ciasnych korytarzach łodzi podwodnej z Otchłani. Tutaj mamy wielkie,
przepastne, puste przestrzenie Pandory, i tak samo pustą historię.
Cameron osiągnął swoje scenariuszowe dno, naprawdę niewiele wzbijające
się ponad poziom wypocin Michaela Baya i Rolanda Emmericha (na serio
mówię).
Postacie Avatara nie żyją, one egzystują namalowane na
komputerze, nie rozmawiają ze sobą, ale deklamują przygotowane przez
scenarzystę kwestie, pomimo istnego wybuchu emocji i bólu jaki czasem
nimi targa pozostają martwe i pozostawione na kinowym ekranie. Ale nie
jest to wina ich technicznego przedstawienia, o nie – nikt jeszcze nie
przedstawił obcego świata i obcej rasy tak realistycznie, nikt nie mógł
sprawić, żeby mokra i spocona skóra komputerowo stworzonego humanoida
wyglądała jak ludzka, nikt nie potrafił rozjaśnić twarzy
zerojedynkowego stwora najprawdziwszym uśmiechem, groźnym zmrużeniem
oczu sygnalizującym napięcie czy przejmującym sykiem zwiastującym atak
gniewu, niewielu wreszcie (bo Tolkiem to umiał) udało się stworzyć tak
cudownie brzmiący dla ucha nieistniejący język obcej cywilizacji.
Ludzie marzący o stworzeniu swego własnego, fikcyjnego świata powinni
uczyć się od Camerona jak taki świat wyglądać powinien. Mamy tu rośliny
i krzaki wszelkich możliwych kształtów i barw, niebo i gwiazdy o tak
niesamowitych odcieniach, że można się zachłysnąć z wrażenia, są tu
groźne drapieżniki, owady, robaczki, a nawet pływające w powietrzu
pyłki, które doprowadzają Pandorę na szczyt możliwości pokazania
idealnego, bajkowego świata. Czy jest to rewolucja? Dla mnie osobiście
nie. Raczej zakończenie pewnego procesu ewolucyjnego, doprowadzenie do
perfekcji pewnego aspektu tworzenia filmów, którego lepiej zrobić się
nie da. Rewolucja to może najwyżej nastąpić po Avatarze, ale on sam,
moim zdaniem nie pcha kinematografii na tak nowe i nieznane tory jak
można by przypuszczać. Film oglądałem w warszawskim IMAXie, w okularach
3D. I możecie sobie mówić co chcecie, ale dla mnie ten sprzęt ma jedną,
zasadniczą wadę. Zajebiście przyciemnia obraz. Okulary są ciemne więc i
obraz przez nie oglądany jest ciemniejszy niż zwykle i to widać. Powiem
więcej, to bardzo widać i mi osobiście strasznie to przeszkadzało. Nie
miałem wrażenia znajdowania się bezpośrednio w środku przedstawionej
akcji, jaki wielu miało, aczkolwiek odczuwałem pewną „bliskość”, jakby
intymność z oglądanymi przeze mnie krajobrazami. Ale jakkolwiek miałem
takie wrażenie, wciąż przeszkadzała mi ciemność filmu, tak jakby
oddzielała mnie od niego pewna nieprzekraczalna bariera, ściana szkła tongue.gif
której nie mogłem przebić. Nie wiem jak wam, ale mi bardzo odbierało to
przyjemność z odbioru. Toteż, moim zdaniem, pod tym względem filmy w 3D
są porażką – osiągają za to sukces na zupełnie innym polu. Ostrość i
wyrazistość. Te dwie rzeczy były po prostu niesamowite. Było widać
dosłownie KAŻDY szczegół w tle, każdą głowę każdego żołnierza w sali
odpraw ludzi, każdą stalową belkę na stacji gdzie Jake budzi się na
początku filmu. W tym aspekcie kino 3D i Cameron nie mają sobie
równych. Tylko, że podobne wrażenia to ja miałem oglądając nakręconego
cyfrowymi kamerami „Zakładnika” czy „Miami Vice” Michaela Manna, który
nie odczuwał potrzeby wydawania na to 400 milionów dolarów i
informowania o tym całego świata.
Cameron jak zwykle postarał się,
aby aktorstwo stało na co najmniej poprawnym poziomie i to się udało.
Widać, że aktorzy próbują wycisnąć ze swoich postaci co tylko się da,
czasem aż czuć ich pot, gdy stękają „uuuuuuuuuuchhhhhhhh!!” starając
się wykrzesać z siebie choćby iskierkę życia, ale niestety – na próżno,
granice scenariuszowe są nie do przejścia ;] Osobiście najciekawszą
postacią była dla mnie biurowa menda z bazy ludzi (nawet nie pamiętam
imienia tego gościa), przypominająca nieco (nawet z wyglądu) Burke’a z
„Obcych – decydującego starcia”, tylko, że obdarzona o wiele większą
charyzmą. Cała paleta głównych postaci jest za to tak banalna, że przez
samo patrzenie na Jake’a będę miał odtąd ochotę podciąć sobie żyły
linijką. W filmie pojawia się co prawda kilka oryginalniejszych
pomysłów – sam pomysł z avatarami jest intrygujący, ale oczywiście po
pięciu minutach zostaje olany i niewykorzystany. Skojarzenia z
Matrixem, Dystryktem 9 (ŹLI ludzie, którzy się uwzięli na DOBRYCH
Obcych) czy Mononoke Hime pojawiają się same. Notabene, jeśli ktoś chce
obejrzeć zajebiście opowiedzianą historię jaką Avatar powinien być,
niech zapozna się z tym ostatnim filmem. Mimo, że animacja, to klasa
sama w sobie, przebijająca swoją siłą i intensywnością każdy
komputerowy widoczek jaki potrafi zaserwować Cameron.
Czy Avatar
jest porażką? Cóż, finansową to na pewno nie ;], efekciarską – raczej
nie, każdą inną – jak najbardziej. Przedstawiona tu historia to gówno
jakiego dawno nie widział świat, do tego rozbuchane swoim aromatem i
ciężarem, aby każdy chciał zajrzeć do kibla gdzie tkwi i sam przekonać
się o jego smrodzie. W całym filmie nie ma ani jednej sceny, która
zapadłaby mi w pamięć, ani jednej postaci wzbudzającej większe emocje -
jedynie obrazki i kadry Pandory, jak z pocztówki, jak z wypasionej gry
komputerowej, takiego Crysisa 10. Właśnie, Cameron powinien był zrobić
z tego grę, a nie męczyć widzów tymi smętami. Obraz nie ma w sobie ani
krztyny tej magii, którą w sobie miały choćby pierwsze Gwiezdne Wojny z
1977 r. Jego najciekawszym elementem były dla mnie zajebista Michelle
Rodriguez i patrzenie na jej dekolt, gdy biegnie przez bazę ratując
tych bezjajecznych bohaterów i równie niesamowita dziewczyna siedząca w
rzędzie przede mną, niestety zajęta. Sprawdziły się WSZYSTKIE moje
obawy co do banalności przedstawionej historii, a nawet pojawiło się
kilka jakich wcześniej nie przewidziałem.
Czy pójdę na film jeszcze
raz? Pewnie tak, z chęcią porównam jak to wygląda w tym wypasionym
warszawskim Multikinie i czym się różni przeżycie wersji 3D od 2D.
Toteż,
ultimately, jak już wspomniałem na początku, odbiór filmu zależy od
tego co się bardziej ceni w kinie. Wiem, że dla wielu obejrzenie
Avatara było magicznym przeżyciem, właśnie dzięki sile przedstawionego
świata, wiem, że odnaleźli w sobie swoje uśpione dziecko i przez 3
godziny mogli się ponownie pobawić zabawkami z dzieciństwa. Ja chyba
tego w sobie nie mam, i mam do tego prawo, tak samo jak druga grupa ma
prawo do swojego zdania. To smutne w sumie. Toteż, cóż pozostaje mi
powiedzieć poza stwierdzeniem:

SZANUJCIE ZIELEŃ, SZANUJCIE ZIELEŃ, SZANUJCIE ZIELEŃ!!!

5,5/10

.

5 komentarzy

Long and lost, long and lost, in the valley of my dreams I was
drinking dirty water, drinking dirty water from the river bank as my mind slowly sank and sank apart.
In the scortched, in the burned, in the twisted and turned, in the sandy valleys and snow-torn mountains, amongst the rallies and ear-popping rants.

I’ve been walkin’ like a man’s shadow hidden underneath a silky coat
and saw people standin’ by, looking at me like some sort of strange folk.
Dunno where I’m going though every time the sun sets with its last ray
I hope to find the answer when it dawns the other day.

Shortly and quickly, shortly and quickly I see it clearly, so clearly
my reflection in the water, reflection in the water of someone who might have had a beautiful, so beautiful daughter
and enlightened through the knowledge, armed with those tips, I get up off my knees and continue the trips.

I’ve been walkin’ like a man’s shadow hidden underneath a silky coat
and saw people standin’ by, looking at me like some sort of strange folk.
Dunno where I’m going though every time the sun sets with its last ray
I hope to find the answer when it dawns the other day.

And one day, one sunny day, I came to this town, lone and desolate in the desert’s crown.
Hearin’ the howlin’ winds, the bawlings’ twists, I saw her bathing in the midst.
Between the thin, transcendent rays of light, almost on her lips’s height – she screamed and fell off the shelf with a bullet in her head, right before the murderer escaped.

I’ve been walkin’ like a man’s shadow hidden underneath a silky coat
and saw people standin’ by, looking at me like some sort of strange folk
Dunno where I’m going though every time sun sets with its last ray
I hope to find the answer when it dawns the other day.

Taka sobie piosenka. Naszło mnie na westernowe klimaty. To przez te upały.
Właściwie nie wiem po co wam to pokazuje, chyba sam siebie próbuję przekonać, że potrafię się jeszcze zająć czymś konstruktywnym zamiast uczenia się do egzaminów. Ech :)
Nie wiem o czym pisać. Niech ktoś mi zapoda jakiś temat. Obiecuję, że postaram się z niego wyłuskać każdy odkrywczy aspekt :)

 Im dłużej żyję tym częściej zdaję sobie sprawę, że człowiek jest w stanie uczynić z nic nie robienia i całkowitego lenistwa rodzaj sztuki, talentu czy też czegoś godnego pożądania. Rzekłbym, że mnie to zadziwia, gdyby nie to, że ostatnio przekonuję się o tym na swoim własnym przykładzie. Znaczy, nie, poprawka, to nie to, że nic nie robię. Ale nie robię nic konstruktywnego, mam wrażenie, że się zamknąłem w kółku pewnego zbioru czynności, które codziennie wykonuję i nie jestem w stanie zabrać się za cokolwiek innego. A przez „konstruktywną czynność” rozumiem w moim przypadku pisanie, które jest jedyną formą wyrażania siebie jaką w miarę opanowałem, którą uprawiać lubię i jedyną przez którą mogę coś wartościowego przekazać światu. Toteż po długim niepisaniu postanowiłem coś wreszcie naskrobać, żeby się z tej apatii wygarnąć i już czuję, że jest mi lepiej. A ponieważ dawno nic nie pisałem to to będzie długa notka, jeszcze nie wiem jaki temat poruszę, ale wiem, że będzie długa.

1.www.ted.com to fajna stronka
2.Moje włosy ssą pałę
3.Idźcie na „Zapaśnika” bo to fajny film
4.Nie idźcie na „Kochaj i tańcz” bo to niefajny film
5.Bono jest brzydki
6.OpenOffice ssie

 Tak, piszę w podpunktach co mi przyjdzie do głowy, bo tak mi łatwiej, poza tym staram się jednak zaoszczędzić trochę miejsca. I rozruszać sobie palce po ich długim nic nierobieniu. No, ok. To o czym tu napisać.

Wiem.

 Jechałem dziś na uczelnię. Tramwajem. Nawet nie pamiętam numeru bo przez ten przejebany remont mostu muszę teraz wychodzić wcześniej z domu i z mokrymi gaciami biec na ósemkę, która jeździ co piętnaście minut, żeby się nie spóźnić na zajęcia. Oczywiście nigdy nie zdążam, zazwyczaj odjeżdża mi sprzed nosa i muszę potem zapierdalać pięcioma autobusami i dziesięcioma tramwajami, żeby się jakoś na tę Pragę dostać. HGW do piachu.

  * * *

See the stone set in your eyes
See the thorn twist in your side
I wait for you
Slight of hand and twist of fate
On a bed of nails she makes me wait
And I’m waiting for you

With or without you
With or without you

 Szesnastego kwietnia znowu będzie jakaś konferencja na mojej uczelni. Tym razem temat będzie „stalking – od miłości do przestępstwa”. Pójdę sobie. Kto rozumie, ten rozumie.

  * * *

 Jak już dawno się zdążyłem przekonać komunikacja miejska jest doskonałym miejscem do poznawania nowych ludzi. A komunikacja miejska połączona z Pragą to już w ogóle hardcore, cud, miód i orzeszki. Los tak chciał, że właśnie dzisiaj na owej Pradze do owego tramwaju, w którym byłem wsiadł jakiś człowiek. Chociaż „człowiekiem” trudno było go nazwać, bo wyglądał jak łysy dinozaur w dresie, do tego obwieszony jakimiś łańcuchami. 20-25 lat. No wiadomo o co chodzi. Był pijany i ledwo stał na nogach. Toteż można sobie wyobrazić co się działo z tym jegomościem w jadącym, skręcającym i rzucającym na wszystkie boki tramwaju. Tramwaju, który właśnie dojechał na przystanek i, jakby na życzenie, właśnie w tym samym momencie pijany dres wpadł na jakiegoś innego jegomościa, który, mówiąc krótko, zdenerwował się i dał to po sobie poznać w niedwuznaczny sposób.

  * * *

Through the storm we reach the shore
You give it all but I want more
And I’m waiting for you

With or without you
With or without you
I can’t live
With or without you

Yeah, you
Yeah, you

„You know, people are talking to each other but very seldom they communicate” – to Charles Manson, który pomimo bycia odpowiedzialnym za śmierć dziewięciu ludzi (a chciałby pewnie być za więcej, żeby się do śmierci onanizować swoim wizerunkiem Antychrysta) czasem gadał do rzeczy. Ludzie gadają do siebie, ale się nie słyszą. Wypowiadają słowa, ale nie wiedzą co znaczą.

 Ludzie wypowiadają słowa i nie wiedzą co mówią. Bo prawdziwe znaczenia tych słów dawno już się zatarły i zostały zapomniane, zostały tylko same nazwy. Literki w tych nazwach, intonacje które tym literkom nadają ludzie. Ale o samych znaczeniach słów ludzie pozapominali. I nie, nie mam zamiaru tu używać tych lanserskich sformułowań w stylu „w dzisiejszych czasach to jest tak…”. Bo to nie tylko w dzisiejszych czasach, zawsze tak było.

  * * *

 Ów drugi jegomość na pierwszy rzut oka nie różnił się od tego pierwszego, różnica polegała głównie na tym, że był trzeźwy, a tamten nie. Chyba trochę młodszy, mógł być nawet jeszcze w liceum, włoski na żel, kolczyki w ustach, mp3 na uszach i jedziemy.
 I pijany jegomość, jako się już rzekło, wpadł na niego.
 Drugi pan się wkurwił. „Kurwa, wypierdalaj człowieku z tego tramwaju!” itp. itd. A tak się zupełnie przypadkiem złożyło, że akurat drzwi się otworzyły bo tramwaj na przystanek przyjechał :) Więc koleś wziął dresika za bary i go wypchnął, akurat był blisko drzwi, więc nie miał trudno. Tamten się podniósł, doczołgał się, próbował wejść, tamten go znowu wypchnął.
„No, jedź pan!”
 I jeszcze raz. I jeszcze ze 3-4 razy. Trochę się szarpali. Ktoś krzyknął, żeby mu pomóc. Ktoś inny się cofnął. Nikt poza tym nic nie zrobił.

  * * *

And you give yourself away
And you give yourself away
And you give
You give
And you give yourself away

My hands are tied, my body bruised
You’ve got me with nothing to win
And nothing left to lose

And you give yourself away
And you give yourself away
And you give
You give
And you give yourself away

 Weźmy na warsztat słowo „miłość”.
 Weźmy na warsztat zupełnie przypadkowe sformułowanie, które mogłoby się pojawić w jakiejkolwiek gazecie w jakimkolwiek kraju: „Wczoraj w naszym mieście młody mężczyzna Jan K. zabił z powodu miłości.”

 Połowa ludzi, która to przeczyta pomyśli „wariat jakiś, debil”. Druga połowa pomyśli „no, wrażliwy chłopiec, kochał, zabił, zdarza się… Gdzie jest mój kot kurwa? :/”.
 Pewnie sam bym tak pomyślał.

 Tylko, że, jako się rzekło, słowo „miłość” jest przez różnych ludzi różnie postrzegane. Zazwyczaj przez nazwę. Przez literki „m-i-ł-o-ś-ć” i przez ich ułożenie w gardle i krtani osoby wypowiadającej.
 A ja tak sobie siadłem ostatnio i pomyślałem czym jest miłość dla mnie. Dla mnie, osoby przebywającej relatywnie dużo czasu wśród kobiet. Tak więc rozpiąłem się w fotelu i pomyślałem. 
 Fizyczność jest dla mnie bardzo ważna. Nie jestem nawet pewien jak to dobrze opisać– to niezwykłe i nieopisywalne wrażenie, gdy kobieta się przytula do ciebie czy siedzi na kolanach. Chodzi o ułożenie ciała, o uczucie twojego ubrania pocierającego się o inne ubranie, skóry pocierającej się o cudzą skórę i o cudowność tego uczucia, o dotyk policzka na przedramieniu, o dotyk zamkniętego objęcia na twoim karku, zapach i cerę tej drugiej osoby. Tego się nie da nawet z niczym porównać, dlatego tak trudno jest mi o tym pisać, nie mam punktu odniesienia. I nie mówię tu o seksie, mówię o zwykłym dotyku kobiety. To najcudowniejsza rzecz jaka istnieje.

Jest coś cudowniejszego?

Dla mnie nie.

 „Najcudowniejszy istniejący na świecie kontakt między dwojgiem ludzi, objawiający się głównie w specyficznej formie cielesnego dotyku pomiędzy nimi.”

 Takie właśnie mam pierwsze skojarzenie ze słowem „miłość”. To jest ta ukryta w tym słowie treść, subiektywna dla każdego człowieka, o której wszyscy tak zapominają i ograniczają się do samego słowa i wszystkich związanych z nim pokrewnych pojęć i stereotypów.

  * * *

 Drzwi się zamknęły, tramwaj pojechał dalej. Ziom został wypchnięty i już go nie było. Tramwajowy bohater stoi sobie pośrodku i nagle postanawia dać upust swojemu gniewowi i poczuciu wartości:
„No ludzie, KURWA. Oczywiście wszyscy stoją i nikt mi nie pomoże, zawsze tak jest kurwa! Dwóch by go wzięło pod pachę i nie byłoby problemu no. To jest właśnie Polska. Myślcie trochę, ludzie!”
 Jakoś tak to szło, już nie pamiętam dokładnie. No ale w proroka się pobawił. Jedynie jakaś starsza pani znalazła śmiałość, żeby z nim pogadać. Powiedziała, że wszyscy się bali i dlatego nikt nic nie zrobił.
„To niech się boją kurwa dalej!”. Na następnym przystanku wysiadłem.
 A potem miałem przez pół dnia strasznego doła, że nic nie zrobiłem. Wiedziałem, że nie byłem jedynym, który tak się czuł; widziałem wyrazy twarzy tych ludzi, gdy słuchali tego chłopaka i widziałem jak nikt nie był dość śmiały by mu coś odpowiedzieć. Koleś na inteligenta nie wyglądał, sądzę nawet, że w pewnych okolicznościach mógłby spokojnie być na miejscu tego, którego wywalił :) Tym niemniej jest bezspornym faktem, że miał wtedy rację i że jego ekstrawersja posłużyła jedynie dobrym i szczytnym celom.
 Od razu mi się przypomniały te wszystkie przypadki, o których czytałem na zajęciach z psychologii społecznej. O tych napadach w biały dzień, gdy ofiara leżała na chodniku kopana przez napastników, a świadkowie przechodzili obok i nic nie zrobili. A potem jak przez cały rozdział czytało się rozkminkę dziesięciu sław światowej psychologii jak to możliwe.

 Ludzie, to naprawdę nie jest skomplikowane. Nie trzeba nie-wiem-jakiego umysłu, żeby to zrozumieć.

 Człowiek inaczej zachowuje się gdy jest w tłumie, niż gdy jest sam, inaczej przebiegają jego procesy psychiczne. Jest po prostu jednym spośród, jednym z wielu wokół i jest do tego przyzwyczajony. Nie oczekuje, że zaraz stanie się coś niesamowitego, że spadnie meteoryt, że ktoś go napadnie, że zobaczy czyjąś śmierć. Po prostu sobie idzie. Albo jedzie w tramwaju. Albo coś innego robi. Gdy dzieje się coś takiego jak w sytuacji powyżej całe jego przyzwyczajenie do bycia jednym z wielu zostaje zakwestionowane. Zamiast ulegać swoim przyzwyczajeniom musi nagle zwracać uwagę na rzeczy, które wcześniej ignorował. Cały jego „światopogląd życia w tłumie” się rozpada i oto pojawia się coś czego wcześniej nie było i czego, najprawdopodobniej, już nie będzie. I taki człowiek musi w określonej sytuacji zadziałać. Musi w jednej chwili przestawić się na odmienne rozumowanie.
 Śmieszą mnie ci wszyscy, którzy mówią, że jeśli ktoś widzi jakieś przestępstwo, w którym cierpi niewinny człowiek i nic z tym nie robi to jest zły, bezduszny i nic nie wart. Nie wiem jak wielkim trzeba być idiotą, żeby tak myśleć. Ludzie nie reagują nie dlatego, że są źli tylko dlatego, że są postawieni w całkowicie nowej sytuacji, która wymaga od nich użycia w cholerę większej ilości zasobów niż zwykłe codzienne życie. A nawet jeśli ktoś chce naprawdę pomóc to musi się liczyć z tym, że coś się nie uda, że popełni błąd, że zostanie wyśmiany, że będzie trzeba – przykładowo – wezwać policję albo karetkę. Więc nie robi nic. To nie ma nic wspólnego z tym czy jest dobry czy zły.

Oczywiście to, że to wiem nie zmienia faktu, że sam nic nie zrobiłem. Nawet nie wiecie jakiego doła miałem potem przez pół dnia. Nawet nie wiecie jak takie nic nieznaczące zdarzenie może wpłynąć na nastrój. No kurwa, chłopak sobie radził, ten dres był pijany i tak nic by mu nie zrobił no :p To co ja jeszcze miałem… :p

Tak, wiem. Jestem jak wszyscy.

  * * *

With or without you
With or without you
I can’t live
With or without you

With or without you
With or without you
I can’t live
I can’t live
I can’t live
I can’t live
With or without you

Goodnight

No to zamieniamy słówka.

„Wczoraj w naszym mieście młody mężczyzna Jan K. zabił z powodu niedoboru najcudowniejszego istniejącego na świecie kontaktu między dwojgiem ludzi, objawiającym się głównie w specyficznej formie cielesnego dotyku między nimi.”

Jest różnica, co?

  * * *

 No i co z tym zrobić, hm?
 W człowieku jest pewien brak, pewna ziejąca dziura, z której woła o pomoc w znalezieniu sensu swojej egzystencji i której pustka doprowadza go do krzywdzenia innych zarazem. Całe zło i brud tego świata, cały smród i zgnilizna są owocem tej dziury. Jesteśmy uwięzieni w naszych codziennych, destruktywnych przyzwyczajeniach, nie potrafimy się z nich wyzwolić i się odrodzić. I dopóki tej dziury nie zapełnimy dopóty całe to zło będzie się nam przydarzać. Dopóty będą pojawiać się tacy pijacy i dopóty ludzie będą się bać wyrzucać ich z tramwajów. Był taki zią, Bertrand Russell się nazywał. I właśnie mówił. Że to z ludzkiego serca zło pochodzi. I to z ludzkiego serca musi zostać wydarte.

7.www.ted.com to naprawdę fajna stronka

 Straszne to jest. Ale jest za to jeden sposób jak dziurę zakleić. O:

  * * *
  * * *

Sing my song
It’s what I feel
Come and sing, man
This is real
From my soul
Coming and hear
I can feel
My senses, dear

Yeah, we’ll shine like stars in the summer night
We’ll shine like stars, it’ll be alright
One heart
One heart
One heart
One heart

Thank you, goodnight :)

Pisanie tekstu o nieistniejącej postaci filmowej, w dodatku granej przez nieżyjącego już aktora, uznaję za objaw patologii. No ale cóż, nic na to nie poradzę, że w ostatnich miesiącach Joker zawładnął umysłami tysięcy ludzi na całym świecie, włącznie z moim. Czasem mam wrażenie, że gorączka związana z tą postacią urasta już do rangi paranoi, na YouTube można przecież obejrzeć dziesiątki filmów przedstawiających młodych ludzi siedzących przed kamerą i odgrywających sami przed sobą sceny z „Mrocznego Rycerza” z udziałem morderczego clowna.
Joker zaatakował i z miejsca wpisał się w historię kina. Nawet ci nieliczni (choć w Polsce wcale tak mało ich nie było), którym nowy film Christophera Nolana się nie podobał doceniali kreację Heatha Ledgera i polecali film tylko z uwagi na niego. A ignoranci piszący, że Australijczyk zagrał źle byli po prostu wyśmiewani. Ale co takiego jest w tej postaci, że tak nas pociąga i sprawia, że oglądając film tylko czekamy na sceny z jej udziałem?
Z pewnością ma tutaj znaczenie kreacja samego Ledgera i olbrzymia praca jaką wykonał w czasie miesiąca spędzonego w samotności w pokoju hotelowym. To, że prowadził dziennik przedstawiający myśli granej przez siebie postaci, a także ćwiczył jej gestykulację i barwę głosu w niesamowity sposób uwiarygodniło ją na ekranie i nadało jej tego specyficznego zabarwienia szaleństwa. Ale należy też pamiętać, że nie tylko Ledger jest twórcą tego bohatera; rzekłbym nawet, że on go tylko współtworzył w niewielkim stopniu. Ludzie na całym świecie zachwycają się nad maestrią scen, w których występuje, śmieją się oglądając sekwencje z ołówkiem i zaciętym detonatorem, ale fakt jest taki, że to nie Ledger stworzył to wszystko, ale reżyser, scenarzyści i charakteryzatorki.
Zastanawia mnie to od pewnego czasu – jak wiele w występującej w filmie/na scenie/gdziekolwiek indziej postaci pochodzi od reżysera, scenarzystów, środowiska, warunków, a jak wiele od samego aktora? Bo, czy to się mu podoba czy nie, aktor jedynie odgrywa swoją rolę na scenie. Uczy się na pamięć tekstu i recytuje go przed publiką. To nie on głównie tworzy swą postać, on ją jedynie współtworzy w czasie teraźniejszym, ale cała reszta leży poza jego udziałem. I stąd, jakkolwiek zgadzam się, że Ledger dokonał mistrzostwa, to jestem dość sceptycznie nastawiony do peanów na jego cześć i staram się być ostrożny w ferowaniu wyroków. Faktem jest, że każda z trzech wizji Jokera w historii jego występów na ekranie (role Cesara Romero, Jacka Nicholsona i Ledgera) zdobywała uznanie krytyków i widzów. Każda z tych postaci była oczywiście inna, każda siała spustoszenie na swój własny sposób, ale zawsze podobała się odbiorcom. No właśnie -> czy to była zasługa tych aktorów czy to po prostu scenarzyści dobrze rozpisali kwestie i portret psychologiczny postaci?
Wyobraźmy sobie na chwilę, że Christian Bale i Heath Ledger zamienili się miejscami; że to Bale gra Jokera, a Ledger Batmana. Czy gorzej odegraliby swoje role niż w pierwszym przypadku? Czy Bale byłby gorszym Jokerem niż Ledger, a Ledger gorszym Batmanem niż Bale? Tego oczywiście nigdy się nie dowiemy, staram się tylko wskazać na problem. Problem osadzający się na pytaniu czy to aktor tworzy swą postać czy inni ludzie pracujący na planie filmu.
No dobra, ale zostawmy sprawy, nad którymi łamią sobie głowę studenci szkół filmowych i wróćmy do meritum – co takiego jest w Jokerze, że zauroczył sobą tylu ludzi? Przede wszystkim należy powiedzieć, że postać ta egzystuje na kartach komiksu już od dziesiątków lat, a dokładnie od początków lat 40, więc już dawno zdążyła się zakorzenić w mentalności Amerykanów i nie tylko. Nie będę się tu jednak rozwodzić nad komiksową historią Jokera, bo ani jej nie znam, ani też nie o tym chciałem pisać. Skupię się wyłącznie na jego filmowym wizerunku w „Mrocznym Rycerzu”.
W umyśle Jokera szaleje wieczny, nigdy nie gasnący ogień, rozświetlający mroki jego duszy jedynym celem – rozpętaniem dookoła siebie jak największego chaosu. Ten ogień i ból, który mu ów płomień zadaje kazał mu stać się psychopatycznym mordercą o zerowej empatii i zdolności współczucia drugiemu człowiekowi. On sam już nawet nie pamięta co go tak zniszczyło; czy jego pijany, znęcający się nad nim ojciec czy może odejście jego żony czy też jeszcze coś innego. Nie ma to jednak znaczenia, ważny jest tylko skutek. Na upartego można powiedzieć, że Joker należy do panteonu tych nieszczęsnych, wyniszczonych samą swoją egzystencją, romantycznych, bajronicznych bohaterów z XIX w. pełnych pasji i obsesji, nad którymi nie byli w stanie zapanować. A Joker nie był w stanie zapanować nad sobą i całe życie poświęcił zemście na otaczającym go świecie.
Po scenach z jego udziałem możemy wnioskować, że jest to człowiek, który chce dokonać projekcji swojego cierpienia na innych ludzi, jednocześnie udowadniając im przy tym, że są słabi, żałośni, nędzni i źli. Nienawidzi szczęścia wokół siebie, ma ludziom za złe, że są szczęśliwi a on nie i chce zrobić wszystko, żeby to szczęście zniknęło, żeby inni wycierpieli to co on, bo skoro on nie zrobił nic złego i cierpi to dlaczego inni niewinni mają nie cierpieć? Dlatego też używa noży – to najbardziej bolesny sposób zabijania człowieka. I w jego rozumowaniu jedyny sprawiedliwy. Być może, gdy widzi uśmiechniętych ludzi przypominają mu się czasy, gdy sam był szczęśliwy i stąd ta nienawiść?
 Nikt nie wie co go tak zniszczyło, ale cokolwiek to było miało tak silny wpływ na jego psychikę, że stracił on wiarę w jakiekolwiek wartości, porządek i ludzi. Dla niego życie jest po prostu jednym, wielkim dowcipem (Their morals, their code… it’s all a bad joke) niewartym splunięcia. A skoro ludzkie życie jest tylko dowcipem to w takim razie wszystko jest dozwolone i znikają jakiekolwiek bariery oddzielające dobro od zła. Człowieka można równie dobrze uratować jak i zabić z zimną krwią i nikt nie może mnie o to osądzać skoro wszystko wokół jest tylko żartem.
Nienawidzi wszystkiego; nienawidzi ludzi, świata, miasta, Batmana i przypuszczalnie ponad wszystko nienawidzi siebie. Nie dba o siebie, nie obchodzi go jego życie, w dwóch momentach w filmie pozwala się zabić, a udaje mu się przeżyć jedynie przez przypadek. Nie obchodzi go jego własny los tak długo jak długo będzie mógł mówić, że dzięki swojej śmierci ktoś tak prawy jak Batman albo Harvey Dent stał się przez niego mordercą.
No właśnie. W niektórych filmach pojawiają się postacie, których jedynym celem jest wzbudzenie pewnych emocji i reakcji u innych postaci. Przychodzi mi na myśl gł. bohater filmu „Into the wild” (polski tyt. „Wszystko za życie”), który przemierzał sobie wesoło Amerykę i oczarowywał każdego kogo spotkał po drodze. Zarażał go swoim szczęściem i uśmiechem, wyzwalał u niego najlepsze emocje i odruchy, „ulepszał” napotkaną osobę.
Joker jest czymś dokładnie przeciwstawnym – jego rolą w filmie jest być krzywym zwierciadłem, w którym odbijają się wszystkie najgorsze ludzkie cechy i przyzwyczajenia. Jest jądrem ciemności, z którego wypływają na zewnątrz macki i chwytają w swoje sidła nieostrożne ofiary. Posługuje się poświęceniem Batmana dla innych, żeby go zmusić do ujawnienia się; posługuje się miłością Harvey’a Denta do Rachel Dawes, żeby przekształcić go we wpół-spalonego potwora żądnego zemsty (I took Gotham’s white knight and brought him down to our level).
Mówiąc prosto, chce udowodnić ludziom jacy są beznadziejni i że ma prawo krzywdzić takie beznadziejne istoty bo są nic warte. Może to jego sposób samousprawiedliwiania swoich czynów przed sobą?
Jedyną osobą, do której ma szacunek jest Batman. Specyfika ich relacji polega na tym, że obaj są wygnańcami i obaj stoją ponad prawem – jeden po jednej granicy, a drugi po drugiej – więc mogą się ze sobą utożsamić. Obaj noszą kamuflaże zakrywające ich prawdziwą tożsamość, obaj wiedzą czym jest samotność i poświęcenie się jednemu tylko celowi w życiu. I choć Batman zdaje się brzydzić Jokerem, to ten drugi widzi w nim jedynego godnego siebie przeciwnika* (Don’t talk like one of them, you’re NOT!). Być może widzi w nim swój cel i zakończenie swojego cierpienia; być może dlatego śmieje się, gdy spada z wieżowca ku swojej śmierci?
Można argumentować, że Joker jest wizją Batmana, gdyby ten kiedykolwiek porzucił swój kostium superbohatera i dał się ponieść swym ukrytym pragnieniom i żądzom. Jeden amerykański krytyk filmowy, Roger Ebert, napisał w swojej recenzji „Rycerza”: „For Bruce Wayne is a deeply troubled man, let there be no doubt, and if ever in exile from his heroic role, it would not surprise me what he finds himself capable of doing.”
No dobra, ale wciąż nie odpowiedziałem na najważniejsze pytanie – co takiego jest w tej postaci, że pociąga za sobą tylu ludzi? YouTube zostało wręcz zalane przeróżnymi imitacjami Jokera (polecam zwłaszcza tę: http://www.youtube.com/watch?v=4fHZ4_RUcAQ). Rzuca się w oczy fakt, że impresji tych dokonują głównie bardzo młodzi ludzie. Czyżbyśmy mieli społeczeństwo psychopatów? Przyznaję, że nie wiem, choć mam swoje teorie. Może w dzisiejszych czasach splecenie i złączenie się ze sobą dobra i zła, czerni i bieli w jakąś niewyraźną szarość jest tak duże, że ludzie potrzebują jakichkolwiek dynamicznych, wyrazistych wzorców, które by ich wyrwały z owej szarości? Może Joker ze swoim ogniem w głowie i jasnym celem potrafi jednak zauroczyć?

*Polecam komiks „The Killing Joke”, ponoć jeden z najlepszych komiksów o Batmanie (nie wiem, bo nigdy nie czytałem pozostałych :P) eksplorujący relację między Jokerem i Batmanem. Inspirowali się nim twórcy filmu. Pojawiają się tutaj kwestie rzadko wypowiadane przez jakichkolwiek komiksowych bohaterów. Zeszyt zaczyna się przybyciem Batmana do Arkham Asylum, czyli więzienia dla psychicznie chorych, w którym jest uwięziony Joker. Batman chce go prosić o zawieszenie broni i pogodzenie się z nim ;]

Powyższy cytat zobaczyłem na ścianie warszawskiego Empiku i pamiętam, że strasznie mi się wtedy spodobał. Pomyślałem sobie, że dobrze pasuje do tematu dzisiejszej notki. 
Większość wolnego czasu zazwyczaj spędzam siedząc przed komputerem, wychodząc gdzieś, czytając książki, oglądając filmy albo słuchając muzyki. Niedawno jednak postanowiłem kolejny raz zaznajomić się z medium kulturowym, z którego nie korzystałem już od dłuższego czasu – z telewizją. Pamiętam, że jak byłem mały to przed odbiornikiem spędzałem jakieś 4-5 godzin dziennie, jednak gdy przyszedł Internet ze swoimi możliwościami to telewizja, samoistnie jakby, poszła w niepamięć. Mój kontakt z nią ograniczyłem do okazyjnego oglądania wiadomości z kraju i ze świata na TVN 24, TVP Info, Faktów, Wiadomości itd. Nic innego mnie po prostu nie interesowało. Nie odczuwałem potrzeby oglądania czytanych przez lektora filmów przerywanych reklamami skoro te same filmy mogłem sobie wypożyczyć albo ściągnąć z napisami w lepszej jakości i bez reklam. Nie miałem ochoty oglądać programów kulturowych i edukacyjnych w stylu TVP Kultura czy Discovery (audycje na nim zazwyczaj pochodzą jeszcze z lat dziewięćdziesiątych i omawiane tam odkrycia są już dawno zdezaktualizowane) skoro te same informacje mogłem zdobyć przez Wikipedię czy YouTube. Nawet wiadomości wcześniej pojawiały się na Onecie czy gazecie.pl niż w wieczornych wydaniach Faktów, Wydarzeń i czego tam jeszcze.
Tym niemniej uznałem, że po dłuższej nieobecności czas sprawdzić co też nowego słychać w telewizyjnym świecie. Takoż usiadłem sobie wygodnie przed telewizorem i rozpocząłem proces wtórnego zaprzyjaźniania się z tym wciąż popularnym środkiem urozmaicającym nasze szare życie.
 Już po kilku minutach do mojej świadomości dotarł fakt, o którym już mnie ostrzegano i którego symptomy słyszałem od dawna – że telewizja umarła. Pragnę zaznaczyć, że były to okolice godziny 6 wieczorem, a więc wtedy kiedy niby zaczyna się już pora największej oglądalności, gdy ludzie wracają ze szkół/pracy i chcą odpocząć po ciężkim dniu. Niestety, to co zobaczyłem wcale nie zrelaksowało mnie, ale zniesmaczyło i wkurwiło.
Przejrzałem sobie wszystkie najważniejsze kanały – na TVP1 i TVP2 jakieś badziewne seriale, których wartość intelektualna i merytoryczna waha się pomiędzy analizowaniem długości mojego członka a konsystencją wiewiórczych bobków w lasach Zalewu Zegrzyńskiego. Na Polsacie 2 znowu jakieś seriale i programy tak stare, że moi rodzice musieli je oglądać zanim się urodziłem. Na lansiarskich i „ambitnych” stacjach w stylu Polsatu kolejny odcinek „Rodziny zastępczej”, którą nałogowo ogląda moja mama, a na TVNie, uwaga uwaga – SĘDZIA ANNA MARIA WESOŁOWSKA opowiadająca o jakże zajmujących dramatach polskich rodzin przy pomocy aktorów wziętych z ulicy i wykrzykujących kwestie z napięciem porównywalnym do suspensu robienia kupy*
 Na TVN24 i TVP Info standard – jakieś programy informacyjne. Info nadal ma zamiar dorównać TVN-owi i nadal mu się to nie udaje. Cóż, one przynajmniej są coś warte – ich beznadziejna nuda jest najuczciwsza ze wszystkich bo tutaj mamy pokazane wprost czym mają być programy informacyjne i że nie aspirują do niczego więcej, niż są. One chociaż mówią wprost w jakim chujowym świecie żyjemy i że lepiej nie odbierać telefonów bo można się dowiedzieć o kolejnej śmierci, wypadku albo katastrofie lotniczej.
  To chyba tyle z najpopularniejszych stacji, nie? Oczywiście są jeszcze kanały w stylu Kultury, Eurosportu, Discovery, TV Kuchni (tego też moja mama doznaje nałogowo…), TVN Meteo i innych stacji tematycznych. I, nie zrozumcie mnie źle, one są naprawdę dobre. Tylko, że jaka jest sztuka bycia dobrym tylko w jednej rzeczy? Jasne, jakaś tam jest, jednak bardzo niewielka bo wystarczy wyszkolić się tylko w niej (a jeśli ktoś jest zaangażowany to nie jest to zazwyczaj trudne) i tyle, nie musi się przejmować niczym innym. Chodzi mi jedynie o tę najpopularniejszą, najczęściej oglądaną polską telewizję. No bo, tak na dobrą sprawę, co tam mamy? Seriale, teleturnieje, talk showy, SHOWY (nie mylić z talk showami), od czasu do czasu jakieś wiadomości… i już? To jest właśnie najgorsze – polska telewizja nie oferuje nic poza pożywką, dla tych co lubią oglądać tańczące serialowe gwiazdki albo pasjonować się kolejnymi losami Asi z Pcimia, która jest bardzo nieszczęśliwa w swoim małżeństwie i jej kuzynki Stefanii, którą skrzywdził kolejny chłopak na uczelni.Dlatego właśnie w najbliższym czasie nie mam zamiaru powracać do oglądania telewizji, o ile coś się nie zmieni. I ja naprawdę nie wymagam wiele – samo zróżnicowanie tematyczne już by pomogło. No ale tutaj dochodzi z kolei popyt na określone audycje, a to, co ludzie chcą oglądać zależy z kolei od ich poziomu intelektualnego, a w to nie chce mi się już zagłębiać…
Nie podoba mi się ta notka, ale niech już zostanie skoro ją napisałem. Pisania nigdy za wiele.

*Muszę szczerze przyznać, że pod tym względem ten program wspiął się na wyżyny. Jest to najgorsze aktorstwo jakie dane mi było kiedykolwiek oglądać. Okrzyki przerażenia lub gniewu tych ludzi są po prostu groteskowe i mogłyby służyć za podręcznikowy przykład dla szkół aktorskich tego jak NIE grać. Jestem niemal pewien, że nie mają absolutnie żadnego przeszkolenia aktorskiego i są krewnymi twórców programu…

Poli

Brak komentarzy

Dzisiaj postanowiłem z mono stać się poli i pobawić się w poliglotę.

 

Pewnego dnia pochmurnego pod listopada koniec
Jeden człowiek pomachawszy światu skurczył się w sobie.
I mimo, że walczył długo i ciężko do ostatka
To odznaczyła go jedynie wielka czarna płachta.
Płachta, która pokryła jego głowę, tors i nogi
Na tłocznej sali pośród bliźniaczych szpitalnych łoży.
I gdy teraz wpatrujesz się w niego czule i skrycie
To szepczesz cicho, że człowiek robakiem jest jedynie.

 

One cloudy day at the end of november
A man bid farewell to the world and surrendered.
In the end, though he fought hard and long
He was decorated only with a black cloth.
Cloth that covered his head, torso and legs
In a room among same hospital beds.
And when looking at him now, you only learn
That man is all but a worm.

O śmierci

2 komentarzy

Chciałbym coś konstruktywnego napisać i walnąć jakiś rozkmin, tak jak zawsze staram się to robić, ale niestety nic mi nie przychodzi do głowy po dzisiejszym dniu. Postanowiłem więc, że zdam się na zasadę „go with the flow” i będę pisać to, co akurat nawinie mi się pod palce klawiatury.
 Hm, no więc tak, dzisiejszy dzień był zły. Był zły zasadniczo dlatego, że zmarł mój ojciec. Tak. W związku z czym poczułem nagłą potrzebę napisania czegoś na tym od dawna nieruszonym blogu i jakiegoś jego ożywienia i przywrócenia do działania. Problem w tym, że naprawdę nie wiem co ciekawego mogę naskrobać. Generalnie są dwie opcje – mogę albo dokonać psychologicznego ekshibicjonizmu i wiwisekcji swojego stanu osobowości na ten moment albo wymyślić jakiś rozkmin na poczekaniu. Wiwisekcji mi się szczerze mówiąc robić nie chcę bo nie będzie ani składna ani w jakikolwiek sposób odkrywcza. Każdy człowiek śmierć bliskiej osoby przeżywa na swój własny sposób, acz wszystkie te sposoby są, moim zdaniem, podobne do siebie. Toteż zagłębiać się w to nie warto. I tak albo już znacie to uczucie albo też kiedyś je poznacie.
 Rozwaliła mnie banalność śmierci. Co prawda czytałem o niej dużo i już od dawna na coś takiego się przygotowywałem, niemniej kolejny raz się przekonuję, że prawdziwa rzeczywistość, pomimo że zgadza się z teorią, to jednak jest od niej dużo cięższa, prawdziwsza, bardziej dogłębna i nieodwołalna. Innymi słowy – to, że przeczytaliście i obejrzeliście ileś tam tekstów i filmów o śmierci przygotuje was na prawdziwą śmierć bliskiej osoby w stopniu znikomym, o ile w ogóle. Dla mnie przynajmniej był to jak cios obuchem między oczy. Spodziewałem się takiej wiadomości od bardzo, bardzo dawna, a jednak w momencie, gdy nadeszła byłem całkowicie zaskoczony. Nawet się z nim nie pożegnałem – ostatni raz widziałem go wczoraj rano. Nie miałem zielonego pojęcia, że widzę go ostatni raz. Widzicie, banalność, kompletny banał. W sensie: był → nie ma go. Ot tak, od razu.
 Jako się rzekło, każdy przeżywa śmierć kogoś bliskiego na swój sposób. I pomimo, że wydawałoby się, że członkowie rodziny, ludzie znający się od kilkunastu/kilkudziesięciu lat i spędzający ze sobą każdą możliwą chwilę są już tak ze sobą zespoleni, że takie wydarzenie przeżywają razem, to jednak bez względu na wszystko pozostaje ono głęboko osobistym doznaniem każdego człowieka. To widać nawet na poziomie behawioralnym. Moja mama płakała – ja dostałem drgawek. Jest różnica, nie?
 Napisałem kiedyś na tym blogu, że najgorsze w śmierci nie jest samo słowo „śmierć” i fakt, że dana osoba zmarła, ale świadomość, że tej osoby już nigdy, nigdy więcej nie ujrzy się na oczy/spotka się ją w życiu pozagrobowym – niepotrzebne skreślić. O dziwo, okazało się to prawdą. Poczułem właśnie dokładnie coś takiego – świadomość, że już nigdy w życiu tego człowieka nie zobaczę, pomimo, że widziałem go dosłownie wczoraj i nic nie wskazywało na to, że jest to ostatni raz. Kompletny absurd i paranoja – ze wszystkich plag jakie dotykają ludzi śmierć jest najbardziej bezsensowną i absurdalną, a zarazem najmniej logiczną i, paradoksalnie, najpotrzebniejszą plagą jaka istnieje. To w ciekawy sposób ilustruje absurd i pojebaność świata, w którym przyszło nam egzystować.
 Ciekawe są reakcje ludzi na wiadomość o śmierci ojca ich znajomego. Są ciekawe, ale… w większości takie same. Wiecie o co mi chodzi – „przykro mi”, „nie wiem co powiedzieć” itd. Te wszystkie utrwalone kulturowo zwroty. Na x sprawdzonych dzisiaj przeze mnie osób jedynie jedna zareagowała w sposób nieco odmienny od reszty, sposób, który mnie naprawdę wzruszył. I tak sobie pomyślałem, że cieszę się, że ci wszyscy ludzie są dookoła mnie, tylko szkoda, że są niewolnikami tych stworzonych przez kulturę schematów. No bo powiedzcie mi szczerze – przykro wam jest, gdy umiera jakaś zupełnie nieznana wam osoba? No nie, nie jest! Nie może być, bo jej nie znacie. Ludzie codziennie umierają, to po prostu kolejna osoba. I powiedzcie mi jeszcze – czy kiedy dowiadujecie się o takim wydarzeniu, to czy z tyłu głowy, gdzieś pomiędzy uczuciami współczucia i litości dla tego kto zmarłą osobę stracił nie cieszycie się w głębi ducha, choćby w jednej setnej albo w jednej tysięcznej, że nie jesteście na jego miejscu, co? Tylko mnie nie zrozumcie źle – nikogo tutaj nie oskarżam. Zdaje sobie sprawę, że jeśli moje przypuszczenia są słuszne to są to jedynie odruchy bezwarunkowe, nad którymi żaden człowiek nie panuje. Tym niemniej są warte odnotowania.
 Wiedziałem, że z moim ojcem jest źle. Nie miałem pojęcia kiedy może nastąpić koniec bo jego choroba nie polegała na stopniowym umieraniu jak np. na raka, ale na nagłych atakach. Atakach, które zamieniały człowieka jeszcze przed kilkoma sekundami normalnie idącego i rozmawiającego z Tobą w umierający wrak. Toteż dokładnego przebiegu jego odejścia przewidzieć nie mogłem, aczkolwiek w ostatnich miesiącach pewne prawidłowości stały się oczywiste. Np. to, że z ojcem było coraz gorzej. Nie wiedziałem tego, ale spodziewałem się, że może nie dożyć kolejnego roku. Poczyniłem więc ku temu pewne przygotowania – głównie polegające na samodzielnej zmianie mojego postrzegania zjawiska śmierci i reakcji na wiadomość o ewentualnej śmierci ojca. Innymi słowy – długo rozmyślałem i próbowałem zmienić swoje wzorce myślowe, przystosować się do myśli, że w każdej chwili mogę usłyszeć najgorszą wiadomość, a nawet tworzyłem w swojej głowie fikcyjne scenariusze rozmów z innymi ludźmi przeprowadzanych już po odejściu ojca. Dokonałem gwałtownego procesu usamodzielnienia się od ojca, zarówno fizycznego jak i psychicznego, starając się w ten sposób być gotowym na prowadzenie mniej lub bardziej normalnego, i niezmiennego względem poprzedniego, życia po jego śmierci.
 To była najważniejsza, ale nie jedyna część tych przygotowań, jednak nie będę tutaj rozpisywać się nad innymi. Ważne, że dzięki tym wszystkim operacjom mogę w tym momencie powiedzieć z czystym sumieniem, że nie żałuję tego co mówiłem swojemu ojcu przez ostatnie miesiące, nie żałuję ani jednej spędzonej z nim chwili, ponieważ wszystkie te momenty były logicznie uzasadnione przez moje postanowienie. Próbowałem uczynić z ojca kogoś nieco innego niż go postrzegałem dotychczas – osobę odmienną od klasycznego stereotypu ojca, osobę, która mogła odejść w każdej chwili, która swoje życiowe zadanie, mniej lub bardziej, wypełniła i która teraz jedynie staczała się ku dołowi. Próbowałem to uczynić jednocześnie nie raniąc tego człowieka. Było trudno, ale udało się. I właśnie dzięki temu, pomimo, że jest mi najnormalniej w świecie GŁUPIO, że to się skończyło tak nagle (czuję się jak autentyczny wydymany przez życie idiota), pomimo to, nie mam w sobie teraz pragnienia cofnięcia czasu. Zrobiłem wszystko co mogłem, próbując wypośrodkować wartość moich uczynków pomiędzy moje dobro i dobro mojego ojca. Więcej zrobić po prostu nie mogłem. Oczywiście gdybym dwadzieścia cztery godziny temu wiedział to, co wiem teraz, to bym poszedł do niego, przytulił, powiedział coś miłego. Wiadomo. Ale tego się nigdy nie wie. I mając te informacje, które miałem i wiedząc to, co wiedziałem, zrobiłem wszystko co mogłem.
 Zastanawiacie się pewnie po co napisałem ten akapit? A mianowicie po to, żeby wam uświadomić, że w obliczu śmierci WSZYSTKIE wielkie, monumentalne plany podobne do przedstawionego przeze mnie kompletnie tracą na wartości. Równie dobrze mogłem nic nie robić. Udało mi się uniknąć wyrzutów sumienia, które wiem, że nawiedzają wielu ludzi, którzy stracili swych bliskich, tym niemniej czuję ten sam rodzaj, a pewnie nawet i natężenie, smutku co ci ludzie. Ojca już nie będzie i żaden stworzony przeze mnie plan tego nie zmieni.
 I po co to wszystko piszę? Autoterapia i wyżalenie się nie jest moim jedynym celem. Zdaję sobie sprawę, że relatywnie niewielu ludzi w moim wieku spotyka się ze stratą jednego z rodziców. Nie mówię tego po to, żeby podkreślić swoje cierpienie, broń Boże – po prostu z czystych statystyk wynika, że takich przypadków jest stosunkowo mało. Wśród swoich znajomych potrafiłbym wskazać może cztery – pięć takich przypadków i to wszystko. Tak więc mówię to też po to, aby pokazać tym z was, którzy jeszcze nie przeżyli czegoś takiego, jak to wygląda. Żebyście pamiętali o tym, gdy taki dzień spotka również was, żebyście nie byli tak niesamowicie zaskoczeni jak ja byłem dzisiaj. Nie wiem czy to coś pomoże, ale przynajmniej mam taką nadzieję. Jest to oczywiście jedynie TEORIA, która – jak wcześniej wspomniałem – do rzeczywistości ma się jak malutki kryształowy słonik do zajebiście wielkiego, brudnego słonia szalejącego po zoo. No ale co ja więcej mogę?
 Ech, no i skończyło się na tej nieszczęsnej wiwisekcji. No nic, miało być go with the flow to jest. Pisanie pozwala mi zapomnieć, czuję się trochę lepiej. Trzymajcie się.

Tak, wiem, nie pisywałem na blogu. Wiem, jestem zły, głupi i leniwy. Zaniedbałem bloga, tak, głupi Rodia :P
No ja nawet nie będę się usprawiedliwiać. Nie chciało mi się po prostu :P Problem z tym blogiem polega na tym, że jak już chcę coś na nim napisać, to zazwyczaj wychodzą mi teksty po 3-4 strony, bo chcę zawrzeć wszystko co wiem na dany temat i co o nim myślę. Chcę wszystko jak najbardziej dopracować i napisać najładniej jak się da. A to wszystko jest czaso-, praco- i energochłonne. Dlatego mi się nie zawsze chcę :P A ostatnio w ogóle mi się nie chciało. Bo ślęczenie przed monitorem nad tekstem o jakiejś bzdurze to niekoniecznie to, na co mam ochotę poświęcać wakacje. Więc sorry wszystkim :P Nawet Grochowi :)
Dzisiaj nie będę się wymądrzać. Nie chcę mi się. Nie będę pisać o filozofii, seryjnych mordercach i nieodwzajemnionej miłości. Dzisiaj chcę tylko napisać, że spędziłem cudowny wieczór ze sobą samym i warszawskimi duchami.
Gdyż albowiem pojechałem sobie na Starówkę. Nic specjalnego na niej nie robiłem, trochę pochodziłem, trochę posłuchałem różnych rzeczy, trochę posiedziałem na ławce. Generalnie Starówka do ulubionych miejsc młodzieży raczej nie należy. Trudno, żeby należała skoro większość warszawskich dzieci była w swoich szkolnych latach kilkakrotnie katowana wycieczkami do Zamku Królewskiego. Doprawdy pasjonujące. Ale miałem się nie wymądrzać.
Może to była kwestia lata, może kwestia fajnej wieczornej pory, w każdym razie tak cudownego wieczoru w Warszawie już dawno nie miałem. Mimo, że byłem sam. Starówka ma klimat. Ma tę dziewiętnastowieczną atmosferę pomimo, że dużą jej część rozwalili Niemcy. Ale ja tego dzisiaj nie poczułem.
Wchodzisz na plac główny i widzisz dookoła te śmieszne, kolorowe budynki, z apartamentami, hostelami i restauracjami w środku. Wokół placu są porozstawiane te stoły i krzesła, przy których ludzie spożywają romantyczne kolacje przykryci parasolami z marką Żywca. Po obu stronach placu widzisz dwa, stylizowane na dziewiętnastowieczne hydranty wodne (to to są hydranty? Bo nie wiem jak to nazwać :) A pośrodku masz syrenkę wokół której rozlewa się mały basenik brudnej wody, w której bawią się małe dzieci. I tak sobie usiadłem na jednej z tamtejszych ławek i siedziałem tak z ponad godzinę. Po prostu było mi dobrze i fajnie i nie chciało mi się stamtąd wstawać. Fajnie było chociaż na chwilę znaleźć się w tej przyjemnej, wesołej, dekadenckiej, pełnej świeżego powietrza i elegancji Warszawie, tej samej, którą się widzi idąc Nowym Światem. Coś innego od tych wiecznie brudnych, zaniedbanych i rozpadających się osiedli i stylizowanego na wczesny Nowy Jork centrum miasta. Przyjemnie było posłuchać grających wokół grajków i popatrzeć na ładną dziewczynę co usiadła obok mnie. W takich chwilach można się uspokoić i zapomnieć. I tak siedziałem godzinę i doznawałem obserwując i obserwowałem doznając. Fajne to było. Szczególnie wrył mi się w pamięć motyw z jednym z hydrantów. Jak już wspomniałem, na placu stoją dwa – jeden działa, a drugi nie. Ja siedziałem przy tym drugim. I fajnie było patrzeć jak coraz to kolejni ludzie próbowali go użyć i nie mogli. I pomimo, że wiedziałem, że nie działa to po co miałem im cokolwiek mówić? :)
A potem poszedłem na taras widokowy i zobaczyłem jakieś wielkie, krzyżujące się w powietrzu strumienie reflektorów ustawionych gdzieś daleko za Mostem Świętokrzyskim. Ciekawe co to było.
Muszę przyznać, że żal mi ściska wnętrzności kiedy myślę, że niegdyś większość Warszawy miała w sobie to piękno co Starówka i Nowy Świat i miałaby je nadal, gdyby nie nasi kochani przyjaciele zza zachodniej granicy walczący w imię malarza z wąsikiem. No ale widać tak miało być.
A Kraków niech się schowa. Za duży macie ten wasz rynek, bez kitu. Tam jest po prostu za dużo ludzi, za dużo przestrzeni, te Sukiennice też jakieś wielkie, ciągle coś się dzieje, ciągle są jakieś występy albo bryczki zapieprzają w tę i z powrotem. W ogóle nie można usiąść i pomyśleć i się wyciszyć. No może to dziwnie zabrzmi, ale wolę jednak Warszawę. Nie jestem pewien dlaczego. Może dlatego, że wawa to miasto, w którym się urodziłem i czuję się tu jak w domu, nie mam świadomości, że jestem sam w obcym mieście. A nie wiem, walić.
Ogólnie to był jeden z fajniejszych wieczorów jakie ostatnio spędziłem, włączając w to te, w które odwiedzałem Starówkę nie sam, ale z kimś :P
No i po co komu dziewczyna, skoro jest Warszawa?

Ostatnio miałem sen tak spierdolony, chujowy i depresyjny, że nikomu nie życzę, żeby takie miewał, a jeśli takie miewa, to żeby o nich szybko zapominał bo doprawdy czasem mam ochotę przyznać rację Cypherowi, że „ignorance is bliss”.
Tak, miałem nie pisać przez jakiś czas na blogu, ale w międzyczasie jedna sprawa tknęła mnie na tyle, że postanowiłem podzielić się ze światem moimi przemyśleniami jej dotyczącymi i coś naskrobać. Na początek może garść faktów: 9 sierpnia 1969 r. do rezydencji polskiego reżysera Romana Polańskiego i jego żony, aktorki Sharon Tate w Los Angeles włamała się sekta niejakiego Charlesa Mansona. Manson był to kryminalista o baaaardzo długiej przeszłości przestępczej, pseudomuzyk i założyciel wspomnianej sekty. W jej skład wchodziły zaledwie cztery, bardzo młode osoby – trzy kobiety i jeden mężczyzna. Owi ludzie włamali się w nocy do domu Polańskiego i zamordowali jego żonę a także jej przyjaciół, którzy wtedy się w rezydencji znajdowali. Tate była wtedy w ósmym miesiącu ciąży, za dwa tygodnie miała rodzić dziecko. Polański przebywał wtedy w Londynie (potem powiedział, że największą boleścią jego życia jest to, że nie było go w LA tamtej nocy). Zanim Sharon została zabita, błagała sekciarzy o litość, żeby darowali jej życie na te dwa tygodnie, żeby zdążyła urodzić dziecko. Chuj, a nie litość. Zadali jej sześćdziesiąt trzy ciosy nożem, a żeby pozostawić po sobie jakiś znak, namalowali jej krwią na ścianie napis „świnia”. Umarła szepcząc słowa „matka… matka…”.
Następnego dnia, nieopodal tamtego miejsca zamordowane zostało znane i podeszłe wiekowo małżeństwo LaBianca. Oba akty zbrodni policja połączyła dopiero po jakimś czasie a Mansona i jego sektę złapano kilka miesięcy później. Łącznie oskarżono ich o zabicie dziewięciorga osób. Wszyscy do dzisiaj siedzą w więzieniach.
Jedziemy dalej z faktami, ale teraz będą już bardziej subiektywne. Sharon Tate była śliczna. Była przepiękna. Kto nie wierzy niech zluka jej zdjęcia w internecie (wiecie, że słowo „internet” pisze się już małą literą? :) ) Uchodziła za największą seksbombę USA tamtych lat i przepowiadano jej karierę większą niż Marilyn Monroe. Miała cudne, opadające do ramion blond włosy, figurę której by pozazdrościła niejedna modelka a głos tak anielski, tak dźwięczny i tak cudowny, że można było jej słuchać i słuchać. Że o zmarłych zwykło się nie mówić złych rzeczy to wiadomo od dawna, niemniej skłonny jestem uwierzyć w prawdomówność jej przyjaciół, którzy opisywali ją jako istotę przepełnioną naiwną dobrocią i sympatią do ludzi. Miała wyjątkowo seksowny styl ubierania się i ponoć jak wychodziła na plażę to wszyscy faceci momentalnie zapominali o swoich partnerkach i gapili się tylko na nią. Zapewne 3/4 płci brzydkiej w USA zazdrościło temu brzydalowi Polańskiemu, że trafił mu się taki skarb. Między innymi właśnie dlatego morderstwa dokonane przez „Rodzinę” Mansona tak bardzo wstrząsnęły całym krajem.
Oczywiście, patrząc z perspektywy dzisiejszych czasów, dziewięć osób to „niewiele”. W dobie ataków z 11 września i masakr w Tybecie to naprawdę znikoma ilość. Niemniej wtedy, Amerykanie przeżyli szok. Nie tylko przez to, że ofiary były powszechnie znane, ale również przez makabryczny sposób w jaki tych mordów dokonano.
Dowiedziawszy się tego wszystkiego, zacząłem się zastanawiać nad pytaniem oczywistym – dlaczego ci wszyscy ludzie musieli zginąć? Co właściwie oni zawinili? Czego od nich chciał ten Manson, dlaczego kazał tym swoim dzieciakom zaciukać kogoś kto, powtórzę raz jeszcze, uchodził za anioła w Ameryce? Co oni chcieli osiągnąć, jaki był motyw zbrodni? Przecież to niewinni ludzie byli. Nawet chyba z niczego ich nie obrabowano, niczego nie ukradziono, nie zabrano (ale głowy za to nie dam).
A motyw mieli taki: Manson ułożył w swoim chorym mózgu scenariusz, według którego miały się potoczyć wydarzenia na świecie w ciągu najbliższych lat. Wymysł ten nazwał „Helter Skelter” – od piosenki Beatles’ów o tym samym tytule – a wydarzenia, które w nim przewidział ponoć odkrył studiując Apokalipsę św. Jana. Facet powiedział swoim podopiecznym, że wkrótce na świecie wybuchnie wojna pomiędzy rasą białych i czarnych, że Ziemia zostanie spustoszona a czarni tę wojnę wygrają. „Rodzina” Mansona miała się w tym czasie schować w „bezdennej dziurze na pustyni” (jakiej pustyni nie wiadomo albo może ja nie doczytałem) i przeczekać tam do końca wojny. I wtedy! Wtedy miało się okazać, że czarni nie są w stanie rządzić światem, który podbili bo są na to za głupi i że potrzebują białych do pomocy. I wtedy miała nadejść zwycięska godzina Mansona – on i jego „Rodzina” mieli wyjść z ukrycia i przejąć władzę nad czarnymi i w ten sposób zdobyć panowanie nad światem! Ale że wybuch wojny się najwyraźniej opóźniał, to Manson postanowił go przyspieszyć, niejako sprowokować wybuch konfliktu. Dlatego więc rozkazał swoim podopiecznym zamordowanie kilku znanych białych osobistości, za które to zbrodnie mieli zostać obarczeni czarni i zarzewie wojny już jest gotowe.
Mówię serio. To nie jest żart. Taki był oficjalny motyw zbrodni, ci młodzi ludzie dokonali tamtych morderstw święcie w to wierząc. No ręce opadają.
Niemniej, ponieważ „zuo” w ogóle mnie fascynuje to postanowiłem poszperać dalej i dowiedzieć się czegoś więcej. W to, że te omamione przez Mansona dzieciaki były w stanie dokonać tych mordów nawet zupełnie bez powodu byłem w stanie uwierzyć, w końcu nie takie rzeczy już były. Ale sam Manson, sama jego postać zaintrygowała mnie najbardziej i chciałem się dowiedzieć co takiego było w nim samym, skąd się w nim wzięła ta agresja do świata, że założył sektę i rozkazał jej członkom zamordowanie dziewięciorga niewinnych osób. Skąd się biorą tacy ludzie? Skąd się biorą ci „źli”, mordercy? Wszedłem więc na YouTube i obejrzałem ponad godzinny wywiad z nim z 1988 r. Niestety jakość obrazu i dźwięku pozostawiała wiele do życzenia toteż wielu ważnych rzeczy nie zrozumiałem. Jednak ogólną myśl chyba udało mi się złapać. I co się okazało?
Był to jeden z najbardziej niezwykłych wywiadów jakie widziałem. Tego się nie zobaczy w telewizji. Gdyby jakość obrazu była trochę lepsza to jestem pewien, że ktoś kto widział ten materiał pierwszy raz w życiu pomyślałby, że pochodzi z filmu amerykańskiego. Manson niesamowicie, wręcz bezczelnie przypominał mi tych szalonych, okrutnych drani z filmów Hollywoodzkich, którzy stracili już w życiu wszystko i wali ich co się z nimi stanie, sposób jego bycia przypominał mi oscarową grę aktorską.
Przede wszystkim, jest to człowiek, w którym dusza zlała się w jedno z ciałem. To jeden z tych, na których już się spojrzy i wiadomo kim są. Niemiłosiernie zarośnięty, rozczochrany, z brodą, błędnym spojrzeniem, więziennym strojem, wytatuowaną na czole swastyką i w ogóle tatuażami na reszcie ciała przypomina szaleńca już z wyglądu.
Po drugie – jego ofiary z sekty mówiły o nim, że był dla nich jak Chrystus i obejrzawszy ten filmik wiedziałem już, co mieli na myśli. Manson to człowiek już na wstępie wzbudzający szczerość, z nonszalancją i pewnością siebie tak obezwładniającą jakby wszystko na tym świecie go waliło poza tym co jest tu i teraz. Jest BARDZO inteligentny w rozmowie – na pytania dziennikarza potrafił odpowiadać czasem tak, że gościa zatykało, potrafił tak przeinaczać fakty, że nie wiadomo było co jest prawdą a co nie, wreszcie – potrafił ze swoich wypowiedzi i monologów zbudować obraz świata wzbudzający zaufanie, pewność, ba, nawet sympatię! Na pytanie dziennikarza czy nie przeszkadzają mu mury więzienia, powiedział (piszę z pamięci, wolne tłumaczenie): „Więzienia? Jakiego więzienia? To ty żyjesz w więzieniu. Ja jestem wolny w swojej głowie, w swoim umyśle. To ty jesteś w więzieniu, myśląc, że ja jestem w więzieniu. Przyjdzie wielki koleś, zatrzaśnie mi wielką bramę przed oczami, zatrzaśnie kraty i zacznie się strażnik przechadzać w tę i z powrotem i wy naprawdę myślicie, że to jest więzienie?” Jego szorstki, mocny głos, jego sposób mówienia potrafiły oczarować – ja sam w niektórych momentach łapałem się na tym, że słuchałem gościa tak uważnie, że nie chciałem uronić ani jednego słowa z tego co mówił.
A co mówił? Przede wszystkim nie czuł żadnej skruchy. Żadnej, nawet najmniejszej, choćby śladu, ociupinki. Co więcej – on w ogóle nie postrzegał tego co zrobił za grzech. On w ogóle mówił, że tego nie zrobił! Obraz świata jaki zaprezentował opierał się na prostej zasadzie – ja pilnuję swoich spraw, a ty swoich. Jak ty mi coś zrobisz, ja ci coś zrobię, jak ty mi pomożesz, to ja ci pomogę. I tyle. W swoich wypowiedziach najwyraźniej chciał powiedzieć, że on wcale nikomu nie kazał kogokolwiek mordować. Twierdził, że każdemu z tych dzieciaków dał wybór – jeśli jesteś na tyle silny to zabij, jeśli nie, to nie zabijaj (stanowisko, które potem zostało jawnie nazwane kłamstwem przez członków sekty utrzymujących, że do swoich czynów zostali wprost zmuszeni. I ja jakoś jestem im skłonny uwierzyć…). Za wszelką cenę odcinał się od tej swojej sekty, separował się od niej. Próbował pokazać, że trzymał się tylko swoich spraw i jedynie niefortunnym zbiegiem okoliczności tak się zdarzyło, że jego podopieczni zrobili to, co zrobili… Jednym słowem – Manson przedstawił świat oparty na całkowitej swobodzie, równości, nieskończoności i zniwelowaniu wszelkich norm. Człowiek może robić co mu się żywnie podoba. Może zabrzmię dziwnie, ale od razu skojarzyło mi się to z satanizmem. Bo satanizm, z tego co ja wiem i wbrew temu co jest powszechnie utrzymywane, nie polega na czarnych mszach, mordowaniu kotów i rozpalaniu pentagramów :) Filozofia satanizmu jest bardzo podobna do tego co mówił Manson – możesz robić co tylko chcesz. Chcesz być szczęśliwy, założyć rodzinę, zdobyć wykształcenie i dobrze płatną pracę? Bądź. Chcesz kraść? Kradnij. Chcesz zostać seryjnym mordercą? Zostań. Nikt ci nie broni. Szatan przyjmie każdego.
Jednak największy szok przeżyłem czytając komentarze do tego wywiadu. Miażdżąca większość ludzi, może nie solidaryzowała się z Mansonem, ale sympatyzowała z nim o tyle, że jeździła po… tym dziennikarzu, który prowadził wywiad. Oskarżano go o zadawanie głupich pytań i w ogóle niekompetencję. Ok, koleś miał kilka słabych tekstów i rzeczywiście myślałem, że o Mansonie dowiem się czegoś więcej, ale to wyglądało dosłownie tak jakby ci internauci Mansona bronili i spuszczali się nad jego inteligencją jednocześnie oskarżając dziennikarza o głupotę. To była ta łagodniejsza wersja. Bo w kilku komentach zobaczyłem wprost wypowiedzi w stylu „FREE CHARLES MANSON!”….
Polecam każdemu ten wywiad. Wrażenie gwarantowane. Jest w kiepskiej jakości, wielu dialogów w ogóle nie zrozumiałem, ale warto zobaczyć chociaż dla samych efektów wizualnych. Warto zobaczyć co może się stać z człowiekiem. Wpiszcie na YT „Charles Manson”, wyjdzie wam tego wszystkiego od cholery.
Obejrzawszy ten wywiad praktycznie było już dla mnie jasne, jak tak upadły moralnie i zdecydowany na wszystko, makiawelistyczny człowiek zdołał przyciągnąć do siebie grupkę nastolatków w latach 60. gdy w USA rządzili zadragowani hipisi, wyjęci spod jakichkolwiek norm moralnych i społecznych, zagubieni w ówczesnym świecie. Młodzi szukali wtedy jakiegokolwiek oparcia, jakichkolwiek autorytetów – a Manson, ze swoją libertariańską filozofią nadawał się na takiego doskonale.
Czy członkowie „Rodziny” żałują tego co zrobili? Tak. A przynajmniej dwójka kobiet, z którymi widziałem wywiad. Ale nie oceniam ich zbyt surowo. Byli młodzi, głupi, a Manson posługując się manipulacjami psychologicznymi i narkotykami bez trudu potrafił nagiąć ich do swojej woli. Ważne, że żałują. To znaczy, że jest dla nich jeszcze nadzieja.
A sam Manson? Cóż, z wywiadu nie dowiedziałem się dla mnie najważniejszego – czy on naprawdę wierzył w Helter Skelter? Czy może po prostu miał ochotę się pobawić ludzkim życiem? Tylko po co? Skąd się biorą tacy ludzie, skąd się bierze w nich takie zło? Przecież to człowiek jak Ty czy ja. Czego on
chciał od tak cudownej osoby jaką była Sharon Tate, od matki spodziewającej się lada dzień dziecka?
Sądzę, że nie wierzył w Helter Skelter. Był na tyle inteligentny, żeby stworzyć i wtłoczyć do mózgów swojej sekty bajeczkę o wojnie biali vs. czarni, i sądzę, że był również na tyle inteligentny i przy zdrowych zmysłach, żeby sam w nią nie uwierzyć.
Jak już wspomniałem, nie żałuje ani trochę. W innym wywiadzie, na jedno z pytań czy żałuje za swoje zbrodnie odpowiedział: „Jakie zbrodnie? Co ja zrobiłem? To wy podbiliście Amerykę i zniewoliliście Indian, wy wywoływaliście wojny i niszczyliście drzewa. Czy żałuję? Tak, żałuję, że nie zabiłem więcej ludzi. Że nie pokazałem ludziom więcej prawdy”. Czy coś w tym stylu, znów piszę z pamięci. W każdym razie coś podobnego. Czy można go usprawiedliwiać, czy można mu współczuć? Cóż, był sierotą. Wychowywał się bez ojca a matka go odrzuciła gdy był jeszcze dzieckiem. Całe życie spędził na ulicach i w więzieniach – sam mówił, że więzienia są jego jedynym domem. Ponoć, gdy wypuszczali go po raz ostatni przed morderstwami to poszedł do naczelnika i zaczął go błagać, żeby go nie wypuszczał. Bo wiedział, że nie jest w stanie żyć w społeczeństwie, bo już próbował i mu się nie udało. Wiedział, że jak znów znajdzie się wśród ludzi to po prostu mu odwali. Czasem nawet mordercy mają rację. A współczuć mu nie warto z jednego, prostego powodu – Manson jest szczęśliwy w więzieniu i niczego mu tam nie brakuje. Ponoć nastrój w jakim zawsze był wzbudzał wielką nienawiść w rodzinach zamordowanych ludzi, którzy – rzecz jasna – najchętniej by widzieli go złamanego i zrezygnowanego z życia.
Jaki z tego morał? Wyjaśnijmy coś sobie: jestem przeciwko jakiemukolwiek dzieleniu świata na ”czerń - biel”. Nie wierzę w
takie wartościowania. Jestem przeciw zwalaniu winy za coś złego na jednego człowieka i całkowitemu jego demonizowaniu, tak samo jak jestem przeciw maniakalnemu wywyższaniu kogoś na piedestał.
Nie ulega w tym przypadku wątpliwości, że Manson był tym „złym” a jego ofiary tymi „dobrymi” bo niby dlaczego miałoby być inaczej. Niemniej całkowite zwalanie winy na jednego człowieka, tak samo jak idealizowanie jego ofiar też nie jest dobrą rzeczą. Manson jest zbrodniarzem, zasłużył na karę. Ale obarczanie go całkowitą odpowiedzialnością za to, co się stało to moim zdaniem przegięcie. Nie usprawiedliwiam go w żaden sposób, staram się po prostu być realistą. Był sierotą, matka mówiła mu prosto w twarz, żeby od niej spierdalał. Wychował się na ulicy i w więzieniach. Te wszystkie czynniki miały wpływ na ukształtowanie jego osobowości, to wszystko, a nie tylko jego umysł spowodowało śmierć takiego anioła jakim była Sharon Tate. Trzeba o tym pamiętać. Trzeba pamiętać, że to też środowisko nas tworzy i całkowite obwinianie człowieka za wszystko co zrobił jest po prostu głupotą. Dokonujemy wtedy bowiem podstawowego błędu atrybucji :)
Jakie jeszcze morały? Człowiek potrzebuje norm, nakazów i zakazów dookoła siebie. Jeśli ich nie ma, jeśli jest pozostawiony sam sobie, swojej duszy i swojemu mózgowi to, nieważne jak optymistycznym można być wobec natury ludzkiej, ulega silniejszemu. Hipisi polegali na sobie nawzajem i na narkotykach i mimo, że głosili hasła „make love not war” to przypadek Mansona i jego sekty jak na dłoni pokazuje jak bardzo byli zagubieni i jak bardzo hasła, które skandowali różniły się od tego, co było w ich umysłach. Filozofia pełnego liberalizmu prowadzi tylko do tego, że nasze popędy i prymitywne potrzeby z czasem zdobędą nad nami kontrolę. Charles Manson to odkrył i wykorzystał w straszny sposób.
Ok, kończę, już nie jestem w stanie myśleć. I tak cztery strony wyszły :)

brejk…

1 komentarz

Ostatnio zacząłem znowu pisać opowiadania więc pewnie przez najbliższe dni/tygodnie na blogu niewiele przybędzie – ciągnięcie i jednego i drugiego (plus po drodze nauka na egzamin) to dla mnie jednak za dużo, więc macie spokój od moich rozkminów na jakiś czas :) No chyba, że coś wyjątkowo mnie zbulwersuje albo przeżyję jakiś szok życiowy to wtedy na pewno o tym napiszę, nie ma bata :D

Tak, to chyba najkrótsza dotychczasowa notka, specjalnie dla tych co narzekali, że nie chce im się mnie czytać bo za długie teksty piszę :P


  • RSS